Pluszowy miś Bruna z gospodarstwa pod Bieszczadami

1 tydzień temu

Nikt nie wie, ile dni maleńka sarenka błąkała się sama po lesie, zanim Zbigniew Kowal ją znalazł. Miał wtedy pięćdziesiąt trzy lata i od dwudziestu prowadził niewielkie gospodarstwo agroturystyczne pod Lutowiskami, na skraju Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Wyszedł tego ranka nakarmić kury i usłyszał w krzakach przy płocie coś, co brzmiało jak płacz dziecka.

To był koziołek sarny, może dziesięciodniowy. Chudy, z sierścią sklejoną błotem, drżący tak mocno, iż nie dawał rady utrzymać się na nogach. Zbigniew przykucnął, wyciągnął rękę — zwierzę nie uciekło. Nie miało już siły.

Zadzwonił do lokalnego ośrodka rehabilitacji dzikich zwierząt w Ustrzykach Dolnych. Pojechał tam swoim starym oplem astrą, trzymając koziołka owiniętego w kurtkę na kolanach żony, Danuty, która siedziała obok i cały czas powtarzała mu, żeby zwolnił na zakrętach.

W ośrodku pracowała wtedy Ola Mazur, weterynarz po trzydziestce, która zajmowała się dzikimi zwierzętami odkąd skończyła studia we Wrocławiu. Przyjęła koziołka, zbadała go na stole zabiegowym pod jarzeniówką, która akurat migotała i trzeba było ją później wymienić. Diagnoza była prosta i okrutna: skrajne wyczerpanie, odwodnienie, ślady po ukąszeniach — być może lisa, który spłoszył matkę, zanim ta zdążyła wrócić po młode.

Matki nigdzie nie znaleziono. Ani śladu.

— Bez matki on tu nie przetrwa dnia w takim stanie — powiedziała Ola do stażystki, nalewając mleko zastępcze do butelki ze smoczkiem przeznaczonym dla jagniąt, bo innego akurat nie mieli pod ręką.

Koziołek nie chciał ssać. Odwracał pyszczek, uciekał w kąt klatki, przyciskał się do metalowej kraty tak mocno, iż Ola bała się o jego żebra. Dla młodego zwierzęcia matczyny bok to nie tylko ciepło. To cały świat — zapach, bicie serca, poczucie, iż nic złego się nie stanie. Bez tego każda minuta jest obca i groźna.

Trzeciej nocy, kiedy koziołek znowu nie spał i skrobał kopytkami o podłogę klatki, stażystka Kasia, dziewiętnastolatka z Sanoka, przyniosła z domu starego pluszowego misia. Był wytarty, z jednym uchem przyszytym prowizorycznie żółtą nicią — należał kiedyś do jej młodszego brata. Włożyła go do klatki bez większej nadziei, bardziej z desperacji niż z planu.

Koziołek znieruchomiał. Powąchał misia, potem jeszcze raz. A potem przywarł do niego całym ciałem, obejmując przednimi nóżkami tak, jakby to była ostatnia rzecz na ziemi, której mógł się trzymać.

Ola, kiedy to zobaczyła następnego ranka, musiała wyjść na chwilę z pomieszczenia. Oparła się o framugę drzwi na korytarzu, przycisnęła kciuki do powiek i stała tak, dopóki oddech nie wrócił do normy.

Od tej pory miś stał się nieodłącznym elementem jego świata. Koziołek — któremu Kasia dała imię Bruno, bo skojarzył jej się z niedźwiadkiem z bajki, którą czytała bratu — spał przy nim zwinięty w kłębek, ocierał się o niego pyszczkiem, a kiedy słyszał obce kroki na korytarzu, natychmiast wtulał się w pluszowe futerko mocniej niż w cokolwiek innego w klatce.

Pić z butelki zaczął dopiero trzeciego dnia po tym, jak miś się pojawił. Ola zapisała to w zeszycie obserwacji jednym zdaniem: zwierzę musiało poczuć, iż ma się czego trzymać, zanim pozwoliło sobie zaufać komukolwiek żywemu.

Mijały tygodnie. Bruno rósł, miś tracił kolejne kępki futra, jedno oko odpadło i Kasia przyszyła guzik zamiast niego. Nikt nie próbował zabrać zabawki, choćby kiedy koziołek zaczął jeść siano i pędy wierzby o własnych siłach. Wieczorem, gdy w ośrodku gasło światło i zostawał tylko dyżurny pies stróżujący na dworze, Bruno zawsze wracał do kąta klatki, gdzie leżał miś, i układał się obok niego.

Pod koniec sierpnia, kiedy koziołek miał już prawie pięć miesięcy i wagę pozwalającą na wypuszczenie, w ośrodku pojawił się problem, o którym nikt wcześniej głośno nie mówił. Zwierzę tak zżyte z zapachem człowieka i z miękką zabawką mogło mieć trudności z powrotem do dzikiego życia. Ola zwołała naradę z dwoma innymi opiekunami — Grzegorzem, który zajmował się wybiegiem, i Kasią, która nie chciała choćby słyszeć o tym, iż coś może pójść nie tak.

— Musimy go stopniowo odzwyczajać — powiedziała Ola. — Od jutra miś zostaje tylko na noc, w dzień idzie na wybieg bez niego.

Kasia się nie zgadzała, mówiła, iż to okrutne, iż po tym wszystkim, co przeszedł, zabieranie mu jedynej rzeczy, która daje mu poczucie bezpieczeństwa, jest jak odbieranie mu drugi raz matki. Pokłóciły się w korytarzu, głośno, tak iż słychać było przez uchylone drzwi boksu.

Zrobili to mimo wszystko. Powoli, po godzinie dziennie, potem po dwie. Bruno na początku biegał do drzwi klatki, szukając miejsca, gdzie zostawił misia, węszył przy progu. Ale na wybiegu, wśród traw i krzaków jeżyny, zaczynał też robić coś nowego — skubał liście, uciekał przed cieniem przelatującej wrony, uczył się być sarną, a nie tylko sierotą przy zabawce.

W połowie września, w dniu, który Ola zapamiętała, bo padał pierwszy chłodny deszcz tej jesieni, przyjechał samochód z leśnictwa. Miejsce wypuszczenia wybrano w rewirze, gdzie od miesięcy nie widziano kłusowników i gdzie żerowało stado saren bez młodych osobników w tym roku.

Bruno wyszedł z transportera niepewnie, obwąchał ściółkę, cofnął się do klatki transportowej, jakby szukał tam czegoś, czego już nie było. Kasia trzymała starego misia w rękach, ukryty za plecami, bo obiecała sobie, iż tym razem się nie rozpłacze przy wszystkich.

Koziołek zrobił kilka kroków w stronę lasu. Zatrzymał się. Obejrzał się w stronę ludzi — nie na misia, którego już nie mógł zobaczyć, tylko na twarze, które karmiły go z butelki przez pięć miesięcy.

Potem odwrócił się i wszedł między drzewa.

Kasia zabrała misia z powrotem do ośrodka. Postawiła go na półce w pokoju socjalnym, obok zdjęcia Bruna zrobionego pierwszego dnia, kiedy przywiózł go Zbigniew Kowal owinięty w kurtkę. Otarła rękawem kurz z pluszowego grzbietu, poprawiła guzik, który znowu się obluzował, i cofnęła się o krok, żeby sprawdzić, czy miś stoi równo obok fotografii.

Idź do oryginalnego materiału