Wieczorna zmiana w gdańskim akwarium – opowiadam, jak Bazyli mnie przechytrzył

6 dni temu

Nazywam się Robert Dziubek, mam pięćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia jeden lat pilnowałem nocnych zmian w Akwarium Gdyńskim przy alei Jana Pawła II. Ludzie myślą, iż nocny stróż w akwarium to fajna, spokojna fucha – siedzisz sobie, słuchasz bulgotania pomp, pijesz kawę z termosu. No więc powiem tak: po tej nocy z piątku na sobotę, dwudziestego trzeciego września, już nigdy nie usiądę przy tym zbiorniku bez sprawdzenia pokrywy trzy razy.

Bazyli trafił do nas dwa lata wcześniej, wyłowiony przypadkiem w sieci rybackiej kutra z Helu. Miał uszkodzone ramię, więc zamiast wypuszczać go z powrotem, dyrekcja postanowiła zatrzymać go w ekspozycji – ośmiornica zwyczajna, ważąca jakieś cztery kilogramy, w zbiorniku o pojemności tysiąca dwustu litrów, tuż obok sali z fokami. Opiekowała się nim głównie Marta Wcisło, biolożka z działu bezkręgowców, ale to ja spędzałem z nim najwięcej godzin – bo kto inny miał chodzić po korytarzach o trzeciej nad ranem, kiedy zwiedzający już dawno poszli do domu, a w budynku pachniało chlorem i mokrym betonem.

Muszę przyznać jedną rzecz, o której Marta nigdy by tak nie powiedziała, bo ona patrzyła na to okiem naukowca: ja się z tym zwierzakiem po prostu zżyłem. Nosiłem mu czasem krewetki z resztek od karmienia fok, mimo iż nie było mi wolno. Pukałem w szybę, on podpływał, przyklejał ssawki do szkła i patrzył na mnie tą swoją źrenicą w kształcie poziomej kreski – jakby oceniał, czy jestem wart zachodu. Kilka razy zauważyłem, iż pokrywa zbiornika, taka siatkowa klapa na zawiasach, nie domyka się idealnie z jednej strony, bo zardzewiała sprężyna słabo dociskała. Zgłosiłem to do konserwacji dwukrotnie. Za drugim razem usłyszałem, iż "wejdzie w plan napraw na przyszły kwartał". No i właśnie ten kwartał się nie doczekał.

Tamtej nocy skończyłem obchód sali głównej koło pierwszej i usiadłem przy dyżurce z kubkiem herbaty, bo klimatyzacja szwankowała i było duszno jak w łaźni. Około drugiej trzydzieści poszedłem sprawdzić poziom wody przy ekspozycji rekinów, dwie sale dalej. Wróciłem po jakichś czterdziestu minutach i zauważyłem coś, co na początku wziąłem za rozlaną wodę po sprzątaczkach z dziennej zmiany – mokry ślad prowadzący od zbiornika Bazylego w stronę korytarza technicznego, tam gdzie biegnie odpływ łączący się z systemem doprowadzającym wodę morską prosto z Zatoki Gdańskiej.

Pokrywa była uchylona dokładnie w tym rogu, o którym zgłaszałem awarię. Na podłodze, tuż przy kratce odpływową o średnicy jakichś piętnastu centymetrów, leżało kilka przyssawek śluzu i drobny odcisk, jakby ktoś przeciągnął mokrą szmatę. Ośmiornice nie mają kości, więc potrafią się przecisnąć przez otwór wielkości pomarańczy – to Marta powtarzała mi z dumą tyle razy, iż zapamiętałem to na blachę. Bazyli musiał wypełznąć z basenu, przeczołgać się jakieś dwa metry po płytkach, znaleźć kratkę i zejść w rurę, która ciągnie się około pięćdziesięciu metrów do samej zatoki.

Stałem tam z latarką i, szczerze mówiąc, poczułem coś dziwnego – nie panikę, tylko coś w rodzaju cichego uznania. Jakby ktoś, kogo znałem, w końcu postawił na swoim. Zadzwoniłem do kierownika zmiany, potem obudziłem Martę telefonicznie o trzeciej dwadzieścia; przyjechała w piżamie pod kurtką, z rozczochranymi włosami, i przez chwilę tylko stała nad tą kratką, nic nie mówiąc.

Przez kolejny tydzień dyrekcja kazała mi spisać raport na trzy strony, tłumaczyć się przed inspektorem z Głównego Inspektoratu Weterynarii, dlaczego zgłoszona usterka nie została naprawiona przez pół roku. Konserwator dostał upomnienie, sprężynę wymieniono w pozostałych czterech zbiornikach jeszcze tego samego dnia. Płetwonurkowie z lokalnego klubu sprawdzali okoliczne mielizny przez trzy dni, bez skutku – Bazyli już dawno zniknął w Zatoce, tam gdzie mu było pisane być od początku.

Marta napisała potem artykuł do biuletynu naukowego, w którym Bazyli figurował jako "przypadek numer dwa" udanej ucieczki ośmiornicy z niewoli w Europie Środkowej. Ja tego artykułu nie czytałem do końca, bo w po drugim akapicie zrobiło mi się jakoś ciężko na sercu, choć nie umiałbym powiedzieć dlaczego.

Rok później, kiedy odbierałem premię za wysługę lat, dyrektor przy okazji wspomniał "aferę z ośmiornicą" i wszyscy się roześmiali. Ja też się uśmiechnąłem, bo tak wypadało. Ale w domu, tego samego wieczoru, wyjąłem z szuflady stary notes służbowy, w którym miałem zapisane dwa zgłoszenia usterki tej pokrywy z datami, zrobiłem im zdjęcie telefonem i wysłałem do Marty z jedną linijką: "na wypadek gdyby ktoś jeszcze kiedyś pytał, kto miał rację". Odpisała mi samym emotikonem ośmiornicy. Nic więcej nie było trzeba.

Idź do oryginalnego materiału